Najrówniejszość
Najrówniejszość
Pod obliczem lewostronnym sociał sądowniczych osób
od lat wielu, od pokoleń pragnie odkryć jakiś sposób,
jak pogodzić racje równe, by się prawu zadość stało
i w bogactwie, co lud dzieli dać mu wszystko, choćby mało.
Wspólnym wiele uczyniono. Państwo siłą swej dobroci
jednym wzięło, innym dało, by zgniewane przymknąć oczy.
Lecz biorący nie ma granic. Dane szkoły, parki, place
chciał rozszerzyć lud łakomy o diamenty i pałace.
Więc zebrano gremium zacne: ekonomii tuzów grono
i rachmistrzów i księgowych, aby świat ten policzono.
Zatrzymano wszystkie prace, nakazano nie jeść wcale,
żeby każdą ująć wartość i by spis wykonać dbale.
Po tygodniu ciężkiej pracy, po dniach tylu bez jedzenia,
braku płacy koniecznego organ ruszył do dzielenia.
Świat miał wartość ustaloną, spis ludności też był znany,
więc by dzielić ich po równo, każdy miał być przesłuchany.
Jeden wnosił, że coś stracił lub, że drugi coś uzyskał
na nierówność znów powstałą gromy więc z mównicy ciskał.
Sądu ucho lewe puchło, łeb rozbolał od rachuby,
a liczydło pracowało chcąc uchronić świat od zguby.
Sprawa końca dojść nie mogła, chociaż ledwo się zaczęła.
Sąd, co wszystkich chciał pogodzić, nie mógł skończyć swego dzieła.
Bo gdy rodzi się dzieciątko lub umiera ktoś ze starych
trzeba wracać do początku tejże równej wszyskim sprawy.
Jak i kiedy sad obrodzi lub się wzbije w polu zboże
trzeba znowu wszystko dzielić, gdzyż nikt więcej mieć nie może.
I tak dzielą nieskończenie, w nierówności świat się ściera.
Za wygraną dać nie daje najróniejsza mu idea.